Islandia dzień 3- Wreszcie trekking!

Kolejny dzień i kolejne zaskoczenie- pogoda zmieniła się na naszą niekorzyść. Wstaliśmy około godziny 9, a za oknem przywitała nas pochmurna, zimna aura. Może nie brzmi to zachęcająco, ale nawet w takich warunkach pogodowych Islandia wygląda świetnie- natura zawsze się obroni 🙂

Snorralaug- domek hobbita;)

Po śniadaniu i naćpaniu Jarka prochami- ucho nie dawało mu niestety spokoju 🙁 , ruszyliśmy.

Pierwszym miejscem, do którego skierowaliśmy nasze mobilne M1 był  Snorralaug. We wsi Reykholt mieści się jedno z bardziej znanych gorących źródeł Snorralaug. Jego historia sięga XII-XIII wieku, kiedy to Snorri Sturluson zbudował tutaj okrągły, ze średnicą ok 4m “basen”, do którego prowadził tunel łączący jego gospodarstwo z tym miłym miejscem. Snorri jest jedną z ważniejszych osób w historii Islandii. To słynny poeta i polityk, którego zapisy dotyczące staronordyckiego języka i mitologii średniowiecznej Islandii to bezcenne skarby dla współczesnych uczonych. W Reykholt żył i umarł. Sam basen jest obecnie tylko atrakcją wizualną i pełni rolę “studni do monet” dla turystów;). Wieś – a raczej jej zabudowa w tym miejscu składa się jeszcze z kilku budynków (m.in. kościoła, kilku szklarni i cmentarza). Oczywiście oryginalny domek hobbita(wspomniany w nagłówku) mieści się w Nowej Zelandii, ale jak tylko zobaczyłam miejsce, do którego zajechaliśmy właśnie takie skojarzenie pojawiło się w mojej głowie. Poniżej kilka zdjęć.

Deildartunguhver – największe źródło termalne na Islandii

Skoro tak mówią to musieliśmy to sprawdzić;) Dojechaliśmy do parkingu. Już z auta widzieliśmy unoszące się chmury pary:D. Przy źródle przywitały nas tłumy turystów, barierki, znaki zakazu i ostrzegawcze oraz chlupoczące, parujące wodne źródło-gejzerki 😉

Podobno źródła te mają najszybszy przepływ w Europie 180 l / sekundę. Grzeją niemiłosiernie i zasilają pobliskie szklarnie, w których Islandczycy uprawiają pomidorki. A wiecie, że na Islandii uprawiają również banany 😀 ?

W szklarniach geotermalnych w miejscowości Hveragerði, rośnie około 100 bananowców. W takich cieplarnianych warunkach banany uprawiają studenci z Islandzkiej Akademii Rolniczej(…) Banany, które są uprawiane w tych szklarniach nie są sprzedawane. W sklepach w Islandii kupić można tylko banany, które są importowane do kraju.
Pierwsze drzewo bananowe zasadzono w Islandii w 1942 roku w jednej ze szklarni. Kiedy uprawa się rozrosła, próbowano produkować banany na rynek krajowy. Jednak kiedy okazało się, że uprawa jest mało opłacalna zaprzestano produkcji.
Wieloletni pracownik szklarni Elías Óskarsson, powiedział w rozmowie z Morgunblaðið, że temperatura w szklarni gdzie rosną banany musi być na poziomie 20-25 ºC, a wilgotność musi utrzymywać się na poziomie od 80 do 90 procent i jest ona wytwarzana przez rośliny.
Historie o tym, że Islandia jest największym producentem bananów w Europie są mitem, który jednak budzi duże zainteresowanie.

źródło: http://icelandnews.is

Wodospad Glymur- trekking

Pogoda nadal nie powalała na kolana. Przemierzaliśmy trasę w kierunku najwyższego na Islandii wodospadu Glymur- 198m. Właściwie to do 2011 roku był on najwyższym na wyspie. W czerwcu tegoż roku islandzki geolog, niejaki Jón Vidar Sigurdsson przeprowadził pomiary w Parku Narodowym Vatnajökull . Okazało się, że w wyniku ocieplenia klimatu topniejący lodowiec Vatnajökull utworzył nowy wodospad- Morsárjökull! Lodowiec cofnął się odkrywając skalę, a wody polodowcowe otworzyły kaskadę. Zgodnie z pomiarami geologa nowo powstały wodospad ma wysokość 228metrów, ale pomiary muszą być jeszcze potwierdzone. Póki co, jesteśmy przeświadczeni, że widzieliśmy ten najwyższy ;p . Przed nami pierwszy tej podróży trekking!

Zaparkowaliśmy w wyznaczonym miejscu. Dookoła widać było łany fioletowego łubinu- sięgał nawet po pas! Rozległy teren otaczały góry, przykryte gdzieniegdzie niskimi, szarymi chmurami. Było ciepło i wilgotno- siąpiła lekka mżawka. Ruszyliśmy w teren.

Na początku spacer był łatwy. Szliśmy po szerokiej, usłanej głazami ścieżce biegnącej przez pola łubinu. Po jakimś czasie doszliśmy do pierwszych skalnych tworów, po których mogliśmy się powspinać. Szlak prowadził przez małą jaskinię- przejście w skale.

Dla mnie taki teren wygląda jak plac zabaw:D tym bardziej, że już kilkaset metrów dalej musieliśmy zrobić małą przeprawę przez rzekę. Aby dostać się na drugi jej brzeg trzeba było skorzystać z “mostku”- bali przerzuconej nad nurtem lodowatej wody Botnsá.

Od tego miejsca zaczęła się prawdziwa wspinaczka. Ścieżka była dobrze przygotowana. Na pewno pomagały nam buty trekkingowe i rozwieszone w niektórych miejscach liny, pełniące te same funkcje co łańcuchy w rodzimych Tatrach:).

Wspinaliśmy się robiąc co parę metrów postój na odpoczynek i podziwianie widoków. Uwielbiamy chodzić po górach. Choć to niemały wysiłek, to oboje “pożeramy” wzrokiem krajobrazy i naprawdę odpoczywamy. Dla mnie osobiście trekking górski nawet niewielki, to coś w rodzaju medytacji- szum krwi w uszach, bicie serca, cisza taka oczywista, a zarazem trudna do osiągnięcia w codziennym zgiełku, dzika przyroda, czyste powietrze i… widoki! Na pewno napiszemy Wam jeszcze o naszych górskich, trekkingowych wypadach (m.in. Tatry Wysokie latem i Tatry Wysokie zimą, Landmannalaugar na Islandii,  Preikestolen w Norwegii, Doi Inthanon w Tajlandii).

Wracamy na szlak 😉

W końcu weszliśmy na tyle wysoko, że moja Mama jeśli to czyta, to na pewno się stresuje oglądając zdjęcia:*

I tutaj przyszło mi i Jarkowi do głowy jedno-do pełni szczęścia brakuje tylko dinozaurów! Ten defekt Jarek zastąpił ścieżką dźwiękową do poniższego filmiku

Jak widzicie pogoda nie odpuszczała. Im wyżej wchodziliśmy, tym większa była mgła. Zdecydowaliśmy, że nie ma co się pchać dalej- widoczność się pogarsza, w tym terenie jesteśmy pierwszy raz, a wiadomo, że w górach mgła bywa zabójcza.

Hvalfjarðarlaug- inżynieria wodna w naszym wykonie;)

Zdecydowaliśmy się na zejście. Wróciliśmy do domu (czytaj auta) na obiad (czytaj kanapkę).

Ruszyliśmy w  dalszą drogę. Tym razem w planie mieliśmy gorące źródło o nazwie Hvalfjarðarlaug. Nad fiordem Hvalfjörður, gdzie podczas II W.Ś. swoją bazę miały wojska brytyjskie i amerykańskie, mieści się sympatyczna, kamienista plaża. Na jej skraju stoi kamienny “garniec”, w którym ułożonych jest kilka kamieni mających pełnić funkcje siedziska. Korzystający z tego HOTPOT’a siada na kamieniu i dzięki takiej pozycji jest zanurzony po szyję w cieplutkiej wodzie. Z tego garnka ma widok na pobliskie góry otaczające wody fiordu- żyć, nie umierać! . Po tej górskiej wycieczce mieliśmy ogromną ochotę na ciepłą kąpiel. Pełni zapału, pomimo siąpiącego deszczu ruszyliśmy ku źródełku. Niestety. Na miejscu okazało się, że wody jest tylko trochę na dnie i jest zimna:(. Cala GORĄCA woda wypływała z ziemi i po kamienistej plaży uciekała do fiordu. Usiedliśmy na tych nagrzanych od ciepła kamieniach i wtopiliśmy wzrok w przestrzeń przed nami.

BTW Wiecie, że Islandia podczas II W.Ś. nie miała i obecnie nie ma ani jednego żołnierza?  Zainteresowanych tematem uczestnictwa Islandii w II W.Ś. odsyłam do dwóch ciekawych artykułów, które wpadły mi w ręce : Islandia – niedoszłe laboratorium nazizmuUdział Islandii w II wojnie światowej .

Z tych naszych kontemplacji wyrwali nas niemieccy turyści. Przeszli dokładnie wszystkie etapy, które my parę minut temu: entuzjazm, zdziwienie, rozczarowanie, smutek, akceptację i siedli nieopodal na większych kamieniach mocząc nogi w zimnych wodach fiordu. Te ich moczenie podsunęło nam pomysł! Możemy zbudować sobie “wannę” we fiordzie dokładnie w miejscu, w którym gorąca woda wpada do zimnej! Zimna jest za zimna, gorąca za gorąca, a ich połączenie pozwoli nam na uśrednienie temperatury. Przecież dokładnie to od stuleci robią ludzie na całym świecie, mając do dyspozycji wody geotermalne o zbyt wysokiej temperaturze:). Postanowiliśmy poczekać aż nasi sąsiedzi odjadą i zabraliśmy się do pracy.

Jak widzicie coś tam się nam udało zbudować. Przy okazji zrobiliśmy sobie niezły piling dłoni układając kamulce. Opłukaliśmy się w tej płytkiej wanience i zadowoleni wróciliśmy do auta.

Jeszcze tego samego dnia dojechaliśmy do Þingvellir, bardzo ważnego z uwagi na historię i politykę Islandii miejsca. Ale o nim i o kolejnych punktach, które odwiedziliśmy  przeczytacie już w następnym wpisie. Pogoda do końca dnia była bardzo słaba, więc wieczór spędziliśmy w naszym M1 na parkingu w Parku Narodowym Þingvellir :).

Czytaliście poprzednie wpisy?:)

 

Written by
Latest comments

LEAVE A COMMENT